Sukces skromnej dziewczyny

Alicja Fiodorow, radomska lekkoatletka z rozgrywanych w Nowej Zelandii mistrzostw świata niepełnosprawnych powróciła z brązowym medalem i bagażem wspomnień
Dzięki mieszkającym w Christchurch Polakom miała okazję zobaczyć część największych atrakcji Nowej Zelandii, w tym pasące się na rozległych, zielonych łąkach ogromne stada owiec.
– W życiu nie widziałam tak wielu owiec – przyznała po powrocie. – I nigdy wcześniej nie jadłam tak często baraniny. Ale przyznam się, że nie przypadła mi zbyt do gustu. Za to trener był w siódmym niebie.

Góry z „Władcy Pierścieni”
Reprezentacja polskich niepełnosprawnych lekkoatletów ponad dwa tygodnie spędziła w Nowej Zelandii, gdzie w Christchurch, jednym z największych miast, rozgrywano mistrzostwa świata. W gronie walczących o medale Polaków znalazła się także radomianka, Alicja Fiodorow. Sportowcy nie tylko rywalizowali. Znaleźli czas na zwiedzanie.
– W Nowej Zelandii mieszka wielu Polaków i to oni zadbali o to, abyśmy zobaczyli ciekawe miejsca – zdradza Fiodorow. – Zabrali nas na niesamowitą wycieczkę.
Nad brzegiem Pacyfiku radomska sprinterka mogła z bliska oglądać foki, które leniwie wygrzewały się na ogromnych głazach.
– W czasie odpływu ocean odsłania ogromny, kamienisty obszar. Foki wylegują się na ogrzanych słońcem głazach. Można podejść do nich naprawdę blisko. Zupełnie nie boją się ludzi – opowiada.
Miała również okazję zobaczyć wspaniałe góry, które wiele osób zna z ekranizacji Trylogii Johna Ronalda Reuela Tolkiena „Władca Pierścieni”. Reżyserem filmu jest pochodzący z Nowej Zelandii Peter Jackson.
– To naprawdę przepiękne widoki, od których trudno oderwać oczy – zapewnia Alicja.

Baranina na obiad
Nowa Zelandia słynie z hodowli owiec. I faktycznie można je tam spotkać niemal na każdym kroku.
– W czasie podróży po okolicach Christchurch widzieliśmy wiele bardzo dużych stad owiec. Nigdy wcześniej nie widziałam tak ogromnej ilości tych zwierząt – mówi radomianka. – Chociaż to właśnie one budziły skojarzenia z Polską.
Wełna i skóry owiec służą bowiem do wyrobu pamiątek. W sklepach można kupić dywaniki z owczych skór, kapcie i swetry z owczej wełny.
– Zupełnie jak na Krupówkach w Zakopanem – śmieje się radomska sprinterka. – Z tą różnicą, że wszystko jest dużo droższe.
Owce dominują nie tylko na pastwiskach, ale także w nowozelandzkiej kuchni. Baranina jest najpopularniejszym i najczęściej przyrządzanym mięsem.
– Najczęściej podawano nam rodzaj gulaszu z baraniny, przyprawiony specyficzną przyprawą o korzennym smaku. Przyznam się, że mnie osobiście te potrawy nie przypadły mi do gustu. Ale trener, Jacek Szczygieł był w siódmym niebie. On uwielbia baraninę w każdej postaci – zdradza.
Co ciekawe, chociaż w sklepach nie brakuje owoców, radomianka w czasie zwiedzania wyspy nie widziała żadnego owocowego drzewa.

Strach przed wstrząsami
W czasie mistrzostw, Nową Zelandię nawiedziła seria wstrząsów ziemi. Nie były to tak silne trzęsienie, jak to we wrześniu 2010, które spowodowało w Nowej Zelandii wiele zniszczeń, ale były wyraźnie odczuwalne. Strach potęgowało zachowanie mieszkańców samego Christchurch, którzy po każdym wstrząsie powtarzali, że w pół roku po trzęsieniu nadchodzi kolejne, jeszcze silniejsze.
– Wiele osób przeżyło załamanie nerwowe po wrześniowym trzęsieniu ziemi. Spali w samochodach, przykręcali do podłóg i ścian wszystkie meble, obrazy i inne ozdoby – opowiada radomianka. – Mnie osobiście bardzo przestraszyły te opowieści.
Przyznaje, że bała się wstrząsów. Potrafiła obudzić się w nocy i zastanawiać się, co zrobić, gdy zacznie się trząść ziemia.
– Wiem, że nie były to mocne wstrząsy. Trwały może 3-4 sekundy, nie dłużej. Ale było je czuć bardzo wyraźnie. To niesamowite uczucie, ale dla mnie nie miłe. Zamiast myśleć o zawodach, myślałam o trzęsieniu ziemi – dodaje.

Denerwująca zmienność
W czasie pobytu na Antypodach Alicji nie spodobała się panująca tam pogoda. Bardzo denerwowała ją jej zmienność.
– Pogoda w Nowej Zelandii jest nieprzewidywalna. Cztery pory roku można zobaczyć jednego dnia. Gdy wstawaliśmy świeciło słońce. Godzinę później zaczynało się chmurzyć. Potem lało jak z cebra, a po jakimś czasie znów świeciło słońce. Trudno było przewidzieć, czy zdążymy pobiec przed deszczem. Na taką pogodę wpływają silne wiatry wiejące nad Nową Zelandią – wyjaśnia.
Chociaż podróż do Nowej Zelandii trwała prawie dwa dni i radomska sprinterka kilkakrotnie przekraczała różne strefy czasowe, zmiana godzin snu nie była wielkim kłopotem.
– Szybko zaaklimatyzowaliśmy się w Nowej Zelandii. Znacznie gorzej jest po powrocie do Polski. Od tygodnia o godzinie 19 już dawno śpię – przyznaje.
Gdyby miała jeszcze raz wyjechać do Nowej Zelandii, poważnie zastanowiłaby się przed podjęciem decyzji. Z jednej strony męcząca podróż z czterema przesiadkami w Pradze, Dubaju, Bangkoku i Sydney, z drugiej wspaniała przyroda i zapierające dech w piersi widoki.
– Może kiedyś tam wrócę, ale wyłącznie turystycznie i na pewno nie w tym roku – zastrzega Alicja.

Jerzy Stobiecki
stobiecki@echodnia.eu