Podstawą w sprincie jest luz

Z Alicją Fiodorow, sprinterką (T46), dwudziestoczteroletnią śliczną szatynką o szaroniebieskich oczach, rozmawiała Anna Amanowicz. Poniżej – zapis rozmowy.

Geny sportowe. Pierwsze kroki na boiskach.
Geny sportowe odziedziczyłyśmy, ja i starsza siostra, zapewne po mamie, która trenowała lekkoatletykę – biegała przez płotki, inne krótkie dystanse, skakała w dal. Kariera mamy nie była burzliwa ani oszałamiająca, miała 26 lat, kiedy wzięła rozbrat ze sportem; siostra zakończyła karierę jeszcze wcześniej, bo w szkole średniej. Tylko ja wciąż trwam przy sporcie, wiążąc z nim nadzieję na przyszłość.

Do sportu trafiłam w wieku 13 lat. Mówiono, że mam łatwą przyswajalność ruchu. W sporcie bawiło mnie wszystko. Zaczęłam od tenisa stołowego, potem rozsmakowałam się w lekkiej atletyce. W podstawówce grałam też w piłkę nożną, za którą były medale, nieobca mi była piłka siatkowa. W rozwoju sportowym pomagał mi nauczyciel WF, Włodzimierz Zatorski, on zarekomendował mnie do radomskiego klubu niepełnosprawnych START. Jako czternastolatka pojechałam na swoje pierwsze krajowe zawody sprinterskie. Zdobyte tam wicemistrzostwo Polski było przepustką do mistrzostw świata w Birmingham. W Anglii nie zdobyłam co prawda medalu, bo w skoku w dal i w biegach na 100 i 200 metrów byłam poza pierwszą trójką, ale osiągnięte tam wyniki kwalifikowały mnie już do lekkoatletycznej czołówki. Kolejny rok był bardziej owocny. Za skok w dal i biegi na 100 i 200m na mistrzostwach świata w Barcelonie (1999 r.) uhonorowano mnie srebrnymi medalami, za sztafetę 4 razy 100 m – krążkiem złotym. Z hiszpańskich sukcesów nie byłam w pełni zadowolona, czułam niedosyt ? to był rok przedolimpijski, zawodników było mniej niż zazwyczaj na mistrzostwach świata, startowało po 4, 5 zawodniczek. No, ale medal jest medalem. Byłam duma, że nie wróciłam do kraju z pustymi rękoma, a zdobyte trofea pobudzały do dalszej pracy treningowej. Piętnastoletni organizm nie był forsowany, poddawany raczej zabawie treningowej, którą serwował mi Adam Borczuch, pierwszy opiekun sportowy, prezes radomskiego klubu „Start”. Nad dalszym moim rozwojem zawodniczym czuwał i robi to do dziś, trener Jacek Szczygieł z Kozienic. To on jest architektem moich pierwszych i kolejnych sukcesów. Zarówno trenera jak i barw klubowych nie zamierzam, przynajmniej na razie, zmieniać. Z obu panami współpracuje mi się znakomicie.

Na start! Koronne dystanse
Na rozgrzewce, przed biegiem, próbuję maksymalnie rozluźnić się. Podśpiewuję, przywołuję przyjemne sytuacje, sama do siebie kawały gadam, uśmiecham się.
Kiedy staję na starcie, staram się skupić na dystansie, choć przyznam – ciężko to przychodzi. Serce bije jak szalone, czuję przyspieszony oddech przeciwników, a wokół mnóstwo ludzi i wszyscy się gapią. Próbuję się wyłączyć, widzieć tylko swój tor, nie oglądać się na nikogo. Jeden błędny ruch w sprincie może wyeliminować z rywalizacji. Doświadczyłam tego w Pekinie. Popełniłam błąd w biegu na sto metrów i Rosjanka wygrała. Widząc kątem oka zagrażające mi przeciwniczki, spięłam się, usztywniłam, sama eliminując się z rywalizacji. Bo podstawą w sprincie jest luz, luz i jeszcze raz luz.
Lubię krótkie dystanse. Najfajniej biega się 100 m – każdy ma identyczne warunki biegu i bezpośrednia rywalizacja trwa przez cały dystans. Podwójna setka jest mniej sprawiedliwa – ktoś lepiej biega krótszy wiraż, ktoś woli dłuższy, czasem wiatr jednemu mocniej zawieje, innemu słabiej. Moje predyspozycje są bardziej pod 200 metrów, a najbardziej pod dystans 400-metrowy, którego, niestety, w Pekinie nie było. Kiedyś skakałam jeszcze w dal, ale dziś techniczne konkurencje nie są już dla mnie. Skupiłam się na sprincie.

Światowe sukcesy. Paraolimpiady.
W 2000 r. odbywały się igrzyska paraolimpijskie w Sydney. Niestety, w polskiej ekipie zabrakło dla mnie miejsca. Dopiero rok 2003 stał się znaczący dla mojej kariery. Z mistrzostw świata w Holandii (Assen) przywiozłam kolejne medale, zdobyłam kwalifikacje do igrzysk w Atenach. Upajałam się tym zaszczytem, a jednocześnie czułam ogromny ciężar odpowiedzialności za swój tam występ. Na greckiej paraolimpiadzie obstawiałam dystanse 100 i 200 m. Oba przegrałam z Rosjanką o setne sekundy. Musiałam zadowolić się czwartą lokatą. To były moje pierwsze igrzyska. Gdyby nie ogromny stres, podejrzewam, że przynajmniej brązowy medal był w zasięgu moich możliwości. Notabene, zrewanżowałam się Rosjance w biegu na 400 m, który pokonałam jako trzecia paraolimpijka. Zaskoczyła na tym dystansie reprezentantka Botswany, która pierwszy i ostatni raz brała udział w igrzyskach – pobiła rekord świata! Srebrno przypadło Polce, Annie Mayer.
Przybywało medali krajowych, kilka złotych przywiozłam z kolejnych mistrzostw Europy i świata. W sumie zebrało się ich około 50. Są jeszcze dyplomy, statuetki, puchary. Jest z czego kurz ścierać. I wreszcie 2008 rok, ostatnia paraolimpiada w Pekinie. Nie mogę narzekać na swój tam występ. Do Polski wróciłam jednak z lekkim niedosytem. Zła, że znów na 100 m przegrałam z tą samą Rosjanką, z którą rywalizowałam w Atenach i to o jedną setną sekundy i że dopiero w finale na 200 metrów udało mi się ją pokonać. Bezkonkurencyjna była Kubanka, mnie przypadło srebro. W Londynie spróbuję powalczyć o złoto.

Sport jest nieprzewidywalny, wszystko się może zdarzyć
Nawet zwycięstwo, które zwycięstwem nie jest. Dramatyczny był finałowy bieg kobiet na 100 m na mistrzostwach świata w Holandii. Stanęłyśmy na starcie, poderwały do biegu; odstrzelony falstart zawrócił nas na pozycje wyjściowe. Rosjanka i Kubanka, nie usłyszawszy drugiego wystrzału, pobiegły do mety. W końcu zostały zawrócone. Po 5 minutach zarządzono kolejny start, tym razem udany. Ta Kubanka była zdecydowaną faworytką, wysoką klasę pokazała już w półfinale. Wszyscy byli pewni, że będzie pierwsza. Pokonując dystans po raz drugi w odstępie 5 minut, była zbyt zmęczona, by wygrać. Dzięki temu udało mi się przekroczyć linię mety przed nią. Odbyła się dekoracja, na mojej piersi zabłysnął złoty medal. Nie dane mi było cieszyć się nim długo. Kubanka nie odebrała srebra, złożyła protest. Jeden z argumentów był taki, że nie dosłyszy na jedno ucho. Zarządzono drugi finał, miał się odbyć po wszystkich konkurencjach. Odbył się beze mnie. Podczas finałowego biegu na 200 m zostałam kontuzjowana przy samym starcie z bloku. Coś się stało z moim dwugłowym. Ból był ogromny, pokonywałam go ogromnym wysiłkiem, zaciskałam zęby, połykałam łzy, ale biegłam. To był najbardziej dramatyczny bieg w moim życiu. Trener obserwujący mnie z trybun nie wiedział, co się dzieje – wyglądało to tak, jakbym się cofała. – Co ty robisz! – krzyczał. – Finiszuj! Na mecie byłam druga. Do ambulatorium znieśli mnie na noszach. Kontuzja wyeliminowała mnie z dalszych konkurencji. Złoty medal musiałam oddać.

Cechy osobowościowe, zainteresowania pozasportowe
Odwaga przede wszystkim. Determinacja. Nigdy się nie poddaję, walczę do samego końca. Mówią o mnie – szalony diabełek. Wszędzie mnie pełno. I do tego gadam, gadam, buzia mi się nie zamyka. Innym to chyba nie przeszkadza, bo słuchają mnie, nie uciekają. Lubię być w centrum zainteresowania. Pewnie z tego powodu właśnie mnie szuka kamera na stadionie. Ale chwalić się nie lubię. Nie lubię też przed obcymi opowiadać o swoich sukcesach.
Przytłacza mnie dłuższe przebywanie w jednym w miejscu. Lubię być wszędzie. Na zawodach, w czasie wolnym, nie siedzę w wiosce ? penetruję okolice za dnia i nocą. Największe wrażenie zrobiło na mnie Rio de Janeiro z ogromną statuą Chrystusa z rozpostartymi ramionami. I chiński mur, monumentalny, z ciekawą historią. Za granicą nie omijam też sklepów – przeciwnie, tam z trenerem wpadamy w amok, szalejemy, opróżniając portfele do ostatniego centa. W domu często zasiadam przy komputerze, na czacie, na gadu-gadu, penetruję „Naszą klasę”. A w ogóle to lubię rozrywkowo spędzać życie.

Nauka. Plany na przyszłość
Nauka jest na pierwszym miejscu. Sport na drugim. Ale obie dziedziny łączę z sobą. Zawsze myślałam o kształceniu się w kierunku sportowym. Stawiałam się mamie: – Jak skończę szkołę średnią (to było liceum techniczne, na które ona mnie pchnęła), chcę nadal biegać, skakać, kopać piłkę – chcę studiować wychowanie fizyczne. Ekonomia, administracja, bankowość, czyli to, co do studiowania w Radomiu było w zasięgu ręki, nigdy mnie nie pociągało. Na szczęście, na Politechnice Radomskiej na wydziale nauczycielskim był kierunek „wychowanie fizyczne”. Co prawda prodziekan kręcił nosem, twierdził, że ten wydział nie jest dla niepełnosprawnych, ale ja się uparłam, prezes Borczuch również. W końcu uczelnia się ugięła. Egzaminy zdałam bez problemów, wywołując zdziwienie władz. Prodziekan, który prowadził zajęcia z gimnastyki, nadal nie był przekonany, że sobie poradzę, sądził, że prędzej czy później będzie musiał mnie oblać. – Stanie na rękach, z jedną sprawną ręką, tego na pewno nie zrobisz – twierdził. A ja znalazłam wyjście: koleżanka zwinęła się w kuleczkę, jedną rękę oparłam się o ziemię, drugą – o nią, i stanęłam. Ćwiczenia na drążkach, na drabinkach , kołowrót i inne kombinacje, wymyk, odmyk – na to również znajdowałam swoje sposoby, choć nie powiem, że zawsze było łatwo. Pan doktor był w szoku, bo nawet zdrowe dziewczyny miały czasem z ćwiczeniami kłopoty. W końcu poddał się, musiał mnie zaakceptować. I tak trzy lata na radomskiej uczelni przeleciały – uzyskałam licencjat. Później, w trybie zaocznym, w uczelni gdańskiej, zaliczyłam dwuletni kurs magisterski. Praca dyplomowa „Lekka atletyka osób niepełnosprawnych w Polsce i na świecie” jest już na ukończeniu – niedługo stanę do obrony. Teraz odbywam staż w Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku. Jest propozycja, żebym została w tej uczelni na etacie dydaktycznym. Ale to dopiero przyszłość, która wiąże się z otwarciem nowego kierunku związanego ze sportem osób niepełnosprawnych. Jeśli plany wypalą – będę szczęśliwa.

Szczęścia w sporcie i życiu osobistym życzymy sympatycznej sprinterce z całego serca.

Artykół z miesiecznika Cross
Źródło: cross.org.pl